Istnienie.
Król Aleksander Macedoński (Wielki), podczas wyprawy wojennej do Indii, poddał schwytanych mędrców testowi i zadał im serię trudnych, podchwytliwych pytań. Kiedy zapytał: „Kogo jest więcej, żywych czy umarłych?”, indyjski bramin odpowiedział: „Żywych, bo umarłych już nie ma”.
Choć z punktu widzenia starożytnej logiki odpowiedź bramina była błyskotliwa, współczesna nauka i statystyka dają zupełnie inną odpowiedź: na świecie zdecydowanie więcej jest umarłych niż żywych.
Szacuje się, że od początku istnienia gatunku Homo sapiens (ok. 50 000 lat temu) na Ziemi urodziło się łącznie około 117 miliardów ludzi. Oznacza to, że zmarli przewyższają liczbą żyjących w stosunku około 14 do 1 (osoby żyjące stanowią zaledwie ok. 7% wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek stąpali po świecie). Próg owych 50 000 lat p.n.e. podaje się z dwóch głównych powodów jakimi są rewolucja kulturowa i behawioralna. To właśnie ten próg około 50 000 lat temu spowodował ogromny skok w rozwoju ludzkości (tzw. Wielki Skok Naprzód). Pojawiła się zaawansowana kultura, sztuka, narzędzia. Stosunek 14 do 1 nie oznacza że w naszym bezpośrednim drzewie genealogicznym (w linii prostej) było tylko 14 przodków. Naszych przodków było znacznie, znacznie więcej! Ta statystyka (14 zmarłych na 1 żyjącego) odnosi się do całej globalnej puli ludzi, którzy kiedykolwiek żyli na Ziemi, a nie do liczby pokoleń w jednej rodzinie. Chodzi o sumę wszystkich osób ze wszystkich czterech pokoleń, a nie tylko o samo czwarte pokolenie.
Kiedy zsumujesz swoich przodków z każdego poziomu wstecz, matematycznie wygląda to tak: 2 rodziców (1. pokolenie), 4 dziadków (2. pokolenie), 8 pradziadków (3. pokolenie), 16 prapradziadków (4. pokolenie).
2 + 4 + 8 + 16 = 30
W samym czwartym pokoleniu masz rzeczywiście 16 prapradziadków, ale żeby oni wszyscy mogli „dać początek” Tobie, po drodze musiało żyć jeszcze 8 pradziadków, 4 dziadków i 2 rodziców. Łącznie w Twoim drzewie genealogicznym do tego momentu znajduje się właśnie 30 osób.
Już zaledwie 4 pokolenia wstecz (czyli do poziomu prapra-dziadków) daje łącznie 30 zmarłych przodków, którzy musieli żyć i spłodzić dzieci, abyś Ty mógł się urodzić. Jeśli cofniemy się o 1000 lat (około 30-40 pokoleń), czysta matematyka sugerowałaby miliardy przodków (choć w rzeczywistości drzewo się „zapętla”, bo ludzie byli ze sobą spokrewnieni – to zjawisko nazywa się ubytkiem przodków). Tak czy inaczej, w linii prostej masz za sobą tysiące, a nawet miliony bezpośrednich przodków.
Skąd więc bierze się stosunek 14 do 1? Wyobraź sobie globalną populację jako wielki stadion sportowy, na którym przez tysiące lat odbywa się nieustanna wymiana widzów. Przez pierwsze 40 000 lat na stadionie przebywała bardzo mała garstka ludzi. Żyli krótko, umierali i na ich miejsce wchodziła kolejna mała grupa. Przez wieki ta „baza zmarłych” powoli rosła. Prawdziwy przełom nastąpił w ostatnich 200 latach (od rewolucji przemysłowej i rozwoju medycyny). Populacja Ziemi wręcz eksplodowała. W 1800 roku żyło 1 miliard ludzi, a dziś żyje ponad 8 miliardów.
Stosunek 14:1 oznacza po prostu, że jeśli zbierzemy wszystkie osoby żyjące dzisiaj na świecie (8 miliardów) i zestawimy je ze wszystkimi ludźmi, którzy kiedykolwiek zmarli w całej historii ludzkości (ok. 109 miliardów), to tych drugich jest 14-krotnie więcej.
Wśród tych 109 miliardów zmarłych znajdują się Twoi bezpośredni przodkowie, ale stanowią oni zaledwie mikroskopijny ułamek tej liczby. Cała reszta to zmarli przodkowie Twoich sąsiadów, ludzi z innych kontynentów oraz całe linie rodzinne, które bezpotomnie wyginęły tysiące lat temu.
Pochówki.
Wznoszenie gigantycznych grobowców przez elity i proste pochówki ubogich to zjawisko stare jak cywilizacja. Wynikało ono z głębokich motywów politycznych, religijnych i ekonomicznych, a metoda traktowania ciała (pochówek w ziemi czy spalenie) zależała głównie od epoki i kultury, a nie tylko od zasobności portfela. Władcy oraz bogacze też bywali również paleni na stosach – i to w sposób niezwykle spektakularny.
Dlaczego więc władcy wznosili mega grobowce czyli manifestowali swą władzę „na wieki”. W starożytności budowle były najgłośniejszym komunikatem politycznym. Monumentalny grobowiec (taki jak piramidy w Egipcie, Mauzoleum w Halikarnasie czy grobowiec pierwszego cesarza Chin z Terakotową Armią) miał pokazywać poddanym oraz wrogom “Jaki byłem potężny i jestem nadal po śmierci”. W wielu kulturach wierzono, że status po śmierci odpowiada statusowi za życia. W Egipcie faraon był uważany za żywego boga, który po śmierci miał połączyć się z bogiem słońca Ra. Wielki, bezpieczny grobowiec wypełniony skarbami, jedzeniem i sługami (lub ich figurkami) był fizycznym „domem na wieczność” i gwarantem boskiego życia po śmierci. W Grecji i Rzymie wielkie grobowce wzdłuż głównych dróg (poza murami miast) miały wymiar czysto memoratywny. Chodziło o to, aby każdy podróżny przechodzący obok widział imię, dokonania i bogactwo rodu zmarłego.
Dla niższych warstw społecznych forma pochówku była podyktowana czystą ekonomią. Koszt drewna na stos, opłacenie kapłanów, wykopanie głębokiego grobu czy zakup kamiennej niszy przekraczał możliwości przeciętnej rodziny. Biednych chowano w masowych grobach w ziemi (często bez trumien, owiniętych jedynie w całun) lub w okresach popularności kremacji – wrzucano ciała na masowe, tanie stosy pogrzebowe poza miastem.
Wielcy władcy też byli spalani. W pewnych okresach historycznych kremacja była uważana za najbardziej elitarną, honorową i godną władcy formę pochówku. To, że kogoś spalono, wcale nie oznaczało, że nie stawiano mu potem „mega grobowca”.
Starożytny Rzym (Okres Cesarstwa). Przez pierwsze stulecia istnienia Cesarstwa Rzymskiego (I–II wiek n.e.) kremacja była domyślnym i oficjalnym rytuałem dla najwyższych elit. Kiedy umierał cesarz (np. August czy Trajan), budowano dla niego gigantyczny, kilkupiętrowy drewniany stos przypominający wieżę, bogato zdobiony tkaninami i pachnidłami. Na szczycie umieszczano ciało, a w momencie podpalenia ze stosu wypuszczano orła, co miało symbolizować apoteozę – uniesienie duszy cesarza do bogów. Po spaleniu, jego prochy zbierano do złotej urny i składano w potężnym, kamiennym grobowcu (Mausoleum), który rozmiarami przypominał twierdzę. W kulturach skandynawskich i słowiańskich przed chrześcijaństwem spalenie na stosie było jedyną drogą do zaświatów. Elitarni wodzowie wikingów byli paleni na własnych, luksusowych łodziach wraz z końmi, bronią i kosztownościami, a w miejscu stosu usypywano ogromne, widoczne z daleka kurhany (ziemne kopce grobowe). Władcy indyjscy (maharadżowie) od tysiącleci aż do czasów nowożytnych byli paleni na luksusowych stosach z drewna sandałowego. Nad miejscem ich kremacji lub przechowywania prochów często wznoszono wspaniałe, bogato rzeźbione pawilony pamiątkowe (tzw. chhatri). Pochówki u rdzennych amerykanów wyglądały zgoła odmiennie. Zmarłego wodza lub szamana owijano w skóry i kładziono do jego własnego, pięknie rzeźbionego czółna. Wraz z nim wkładano jego dobytek: broń, luksusowe koce czy naczynia. Łódź spuszczano na wodę lub częściej – mocowano na specjalnych platformach/palach tuż nad brzegiem oceanu lub rzeki, by „odpłynęła” w zaświaty wraz z przypływem lub wiatrem. Plemiona wierzyły, że kraina zmarłych znajduje się za wodą. Na suchych terenach Południowego Zachodu (np. u plemion Navaho czy Apaczów) oraz w Andach, jaskinie były naturalnym miejscem pochówku. Ciała wciskano w niedostępne szczeliny skalne, zasypywano kamieniami. Inny fascynujący zwyczaj był u Indian z Wielkich Równin (np. Dakotów, Siuksów). Ponieważ ziemia zimą była twarda jak skała, a koczowniczy tryb życia utrudniał kopanie grobów, budowano drewniane platformy (rusztowania) na wysokości kilku metrów lub układano ciała na rozłożystych gałęziach drzew. Ciało owijano w skóry bizona. Miało ono wyschnąć na wietrze i słońcu, a dusza miała w ten sposób łatwiejszą drogę do nieba. Dopiero po latach, gdy rusztowanie runęło, pozostałe kości zbierano i chowano w ziemi.
Cmentarze.
Masowy odwrót od kremacji królów i cesarzy na rzecz pochówków ciał (inhumacji) w sarkofagach przyniósł rozwój chrześcijaństwa twierdzący że palenie zwłok to rytuał pogański i barbarzyński. Od IV wieku n.e. (od czasów cesarza Konstantyna Wielkiego) władcy europejscy zaczęli budować dla siebie ogromne grobowce w kryptach kościołów i katedr, porzucając stosy na rzecz marmurowych grobowców i sarkofagów.
Współczesne cmentarze, jakie znamy dzisiaj – czyli wydzielone, zielone parki pamięci z regularnymi alejkami poza centrami miast, gdzie każdy (nawet najuboższy) ma swoje określone miejsce – to pomysł stosunkowo młody. Narodził się on na przełomie XVIII i XIX wieku. Wcześniej przez ponad tysiąc lat w Europie grzebanie „zwykłych ludzi” wyglądało zupełnie inaczej i przypominało horror.
Śmierć w centrum miasta…
Od momentu przyjęcia chrześcijaństwa w średniowieczu, każdy pragnął być pochowany jak najbliżej ołtarza, bo wierzono, że zapewnia to szybsze zbawienie. Elity chowało się pod podłogą kościoła. Zwykli ludzie byli grzebani na przykościelnych placach (tzw. bożych rolach / polach). Miejsca te znajdowały się w samym sercu miast i tętniły życiem – handlowano tam, suszono pranie, a nawet organizowano sądy.
Przed erą cmentarzy dla zwykłych ludzi nie było osobnych grobów ani nagrobków. Kopano ogromne doły (tzw. fosy), do których wrzucano jedno po drugim ciała najuboższych, bezdomnych i ofiar chorób. Ciała owijano tylko w całuny, oszczędzając na trumnach. Gdy dół się zapełniał (mieścił nawet kilkaset ciał), zasypywano go cienką warstwą ziemi i kopano następny obok. Przestrzeń wokół kościołów była malutka. Gdy brakowało miejsca, grabarze rozkopywali stare groby. Na wpół rozłożone szczątki wyrzucano, a oczyszczone kości i czaszki składano w specjalnych budynkach przykościelnych – ossuariach (kostnicach). Dzięki temu to samo miejsce w ziemi mogło być użyte dziesiątki razy.
Moment zwrotnym były smród i epidemie oraz dekret Napoleona. Pod koniec XVIII wieku sytuacja w europejskich miastach stała się dramatyczna. Przykościelne cmentarze pękały w szwach. Ziemia wokół świątyń podniosła się o kilka metrów. Po deszczach odsłaniały się makabryczne widoki, a woda w miejskich studniach była często zatruta trupim jadem. Smród w miastach bywał nie do zniesienia. Prawdziwą rewolucję przyniósł rok 1804 i słynny dekret Napoleona Bonapartego (oraz podobne edykty w innych państwach, np. austriackie reformy Józefa II). Napoleon z powodów sanitarnych zarządził całkowity zakaz grzebania zmarłych w kościołach i na małych placach miejskich i nakazał przeniesienie pochówków poza mury miast, na specjalnie wydzielone, rozległe działki a każdy obywatel, bez względu na status i majątek, zyskał prawo do własnego, oddzielnego grobu (zazwyczaj na określony czas, np. 5 lub 20 lat). Powstały zatem pierwsze nowoczesne cmentarze. Wzorcem dla całego świata stał się założony w 1804 roku paryski cmentarz Père-Lachaise. Zaprojektowano go jako wielki, romantyczny angielski park z symetrycznymi alejkami, drzewami i pomnikami. Początkowo paryżanie nie chcieli być grzebani „tak daleko od kościoła”, więc dyrekcja wpadła na genialny pomysł marketingowy… przeniosła tam szczątki sławnych ludzi (np. Moliera). Cmentarz natychmiast stał się modny. To właśnie wtedy zwykli ludzie zyskali prawo do spokojnego, indywidualnego pochówku w miejscu, które miało służyć zadumie, a nie przetrwaniu epidemiologicznemu miasta.
Znicze.
Tradycja zapalania zniczy na grobach to fascynujące połączenie pogańskich rytuałów, pradawnego lęku przed demonami oraz chrześcijańskiej teologii. Samo słowo „znicz” ma bardzo głębokie korzenie – w dawnych językach bałtyckich i słowiańskich oznaczało ono „święty ogień”, który stale płonął w pogańskich świątyniach.
Zanim na grobach pojawiły się szklane lampiony, w noc przełomu października i listopada (znaną u Słowian jako Dziady) na mogiłach oraz rozstajach dróg rozpalano ogromne ogniska. Miało to dwa główne cele. Wierzono, że w te dni granica między światem żywych a umarłych się zaciera. Ogień miał ogrzać powracające na ziemię dusze przodków i wskazać im drogę do domów ich rodzin. Ogniska rozpalano szczególnie obficie na grobach samobójców i osób zmarłych tragicznie. Żywi wierzyli, że potężny płomień zatrzyma złe demony oraz uniemożliwi nieszczęśliwym duchom krzywdzenie ludzi. Co ciekawe, drewno na te ogniska zbierano przez cały rok. Każdy przechodzień mijający taki grób miał obowiązek rzucić na niego gałązkę (chrust), tworząc stos na noc zaduszną.
Chrześcijańska metamorfoza nastąpiła jako Światłość Wieczna. Gdy Kościół katolicki zaczął wygaszać pogańskie obrzędy, nie zdołał całkowicie wykorzenić potrzeby palenia ognia. Postanowiono więc zmienić jego znaczenie. Wielkie, dzikie ogniska zastąpiono skromniejszymi świecami i lampkami oliwnymi.
W kontekście chrześcijańskim płomień przestał być „ciepłem dla ducha”, a stał się metaforą życia wiecznego, zmartwychwstania oraz modlitwy o to, by duszy zmarłego świeciła „światłość wiekuista”. I tak XIX i XX wiek sprawia że szklany znicz wkracza na cmentarze. Powstały nowoczesne, zorganizowane cmentarze poza miastami, zmieniła się też kultura dbania o groby. Zwykłe świece woskowe stawiane na nagrobkach łatwo gasły na wietrze i deszczu. Wtedy narodził się pomysł chowania płomienia w specjalnych obudowach. Początkowo były to gliniane miseczki z tłuszczem i knotem, a z czasem – szklane lampiony, które ewoluowały w znane nam dzisiaj znicze. Masowy zwyczaj kupowania zniczy i dekorowania nimi całych grobów rozwinął się na dobre w okresie międzywojennym. Wtedy to, wraz z bogaceniem się społeczeństwa, cmentarze 1 listopada zaczęły zamieniać się w morze światła.
1 listopada
Ten dzień w Kościele katolickim to oficjalnie Uroczystość Wszystkich Świętych. Dzień Zaduszny (Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych) przypada dzień później – 2 listopada. Pierwsze chrześcijańskie święta ku czci męczenników obchodzono wiosną (np. 13 maja). Zmianę daty na 1 listopada zawdzięczamy dwóm papieżom. W VIII wieku papież Grzegorz III ufundował w Rzymie kaplicę ku czci Wszystkich Świętych i wyznaczył jej święto właśnie na 1 listopada. W 837 roku papież Grzegorz IV oficjalnie rozszerzył to święto na cały Kościół. Poza chęcią zastąpienia pogańskich, jesiennych świąt, chrześcijańskim obyczajem, powód zmiany był prozaiczny: zaopatrzenie w jedzenie. Do Rzymu na to święto przybywały tysiące pielgrzymów. W maju brakowało żywności, natomiast listopad był idealnym momentem – było już po jesiennych zbiorach, dzięki czemu łatwiej było wykarmić tłumy.
W chrześcijaństwie te dwa dni tworzą logiczną całość. 1 listopada (Wszyscy Święci):
Świętuje się zmarłych, którzy są już w niebie (zarówno tych oficjalnie ogłoszonych świętymi, jak i bezimiennych). 2 listopada (Zaduszki). To dzień zadumy i modlitwy za tych zmarłych, którzy wciąż oczyszczają się w czyśćcu i potrzebują naszej pomocy, by trafić do nieba.
Skoro modlitwa za zmarłych bliskich przypada na 2 listopada, dlaczego to pierwszego tłumnie odwiedzamy groby? Wpływ komunizmu w PRL. Władzom komunistycznym zależało na zatarciu religijnego charakteru uroczystości Wszystkich Świętych. Dzień 1 listopada pozostał jednak dniem wolnym od pracy. Nazwano go oficjalnie „Świętem Zmarłych”, promując laickie, rodzinne odwiedzanie grobów. 2 listopada (Zaduszki) były już normalnym dniem pracującym, więc ludzie przenieśli wszystkie tradycje na dzień wolny. Skoro 1 listopada mamy czas wolny od pracy i szkoły, to właśnie wtedy organizujemy dalekie podróże, sprzątamy groby, spotykamy się z rodziną i zapalamy znicze, które płoną potem przez kolejne dni.
W ten sposób radosne święto kościelne (Wszystkich Świętych) połączyło się z głęboką, ludową tradycją pamięci o naszych zmarłych bliskich.
Dodaj komentarz